INTERNETOWE GRAFFITI
Julio trzymał w ręku puszkę aerozolu, kiedy raczej przez nieuwagę nacisnął przycisk. Z jakiegoś powodu to, co z sykiem opuściło puszkę i siknęło na ścianę nowojorskiego metra, wyglądało jak litera D. Julio dziwił się temu przez chwilę. Nacisnął ponownie korek i z sykiem domalował kolejne litery: U, P, A. DUPA.
- Ale jaja! - ucieszył się Julio. Był na zasiłku i miał dużo wolnego czasu.
Tym razem do pisania się przyłożył: JOE TO DUPA - widniało odtąd świątek - piątek na ścianie metra w Brooklynie. Był rok 1970. Nowy Jork zachorował na graffiti.
Buraki, gupki i oszołomy
Odtąd anonimowi, bezrobotni, szarzy, zapomniani ludzie Bronksu, Brooklynu
mogli się raptem wypowiedzieć. Malowali co im ślina na język przyniosła, a raczej na puszkę sprayu. Dla odróżnienia dobierali sobie ksywki. Im bardziej fikuśne, tym lepiej. Stali się plagą czystych miast, ludzi z zajęciem, których domy, samochody, płoty, styl życia, raptem stały się celem ataku.
"Edyta Górniak jest gupia", "Piotr Kraśko to burak", a "Max Kolonko to oszołom" - czytam w anonimowych komentarzach internetowych na jednym z polskich plotkarskich portali. O ile 30 lat temu Julio miał puszkę aerozolu, dziś Janek ma komputer. I jak Julio niegdyś, tak Janek teraz, pomagając sobie językiem, wystukuje paluchem na klawiaturze rytmy swojego pokolenia.
Oto internetowy portal staje się ścianą. Klawiatura - puszką sprayu. Janek jest Juliem. Choć tak naprawdę internetowa anonimowa "Paris" jest bezrobotnym wannabie z nadwagą i kompleksami godnymi Britney Spears.
Poszukiwani: grafficiarze
W 1995 roku burmistrz Guliani wprowadził zakaz sprzedaży puszek z aerozolem młodzieży poniżej 18 lat i wysokie kary dla wandali; nawet 350 dolarów. Pamiętam jak szef nowojorskiej policji Ray Kelly pokazał mi wtedy w swym biurze grubą książkę. W środku były zdjęcia najbardziej poszukiwanych przestępców graffiti.
Graffiti Most Wanted - pokpiwałem sobie na konferencji prasowej. Ale parę lat później dzięki temu graffiti zniknęło z wagonów metra, płotów, domów, ogrodzeń i miast. JOE TO DUPA przestało być oświadczeniem generacji. Stało się brudem, nikomu niepotrzebnym skamleniem zapomnianego przez świat żula z puszką sprayu w ręku.
Etykieta w Internecie to netykieta. Neologizm oznacza zbiór niepisanych praw obowiązujących internautów. Innymi słowy - nie wolno pluć. Ani na ulicę. Ani na człowieka. Ani "się". Plucie było cool, ale za Roosevelta, kiedy np.nowojorscy gentlemani po udanej wymianie zdań lubili zamaszyście splunąć do specjalnie do tego celu ustawionej centralnie w pokoju spluwaczki. Spluwaczki stoją zresztą do dziś obok foteli szacownych członków amerykańskiego Sądu Najwyższego, choć służą im już tylko jako kosze na śmieci...
Złośliwy syk spod palca
Ale dzisiejszą spluwaczką staje się coraz częściej plotkarski portal internetowy. Któż nie lubi plotkować? Więc jest i portal. Nie ma sprawy. Ale my spluwamy tam na kobiety. Spluwamy jedni na drugich. Kraj Papieża, i Solidarności, i kościoła co niedziela. I samotnego wieczoru przy komputerze, gdzie jako wszystkowiedzący anonimowy superman z przepisem na świat, możemy zasiąść przy klawiaturze komputera i pomagając sobie z wysiłku językiem, dać wreszcie wszystkim popalić. Jak z puszki sprayu Julia w nowojorskim metrze 30 lat temu, tak w komentarzach internautów dziś pojawiają się jednowyrazowe obelgi, wyrzucane ze złośliwym sykiem spod małego palca bez celu i sensu.
Potrzeba będzie trochę czasu nim te inwektywy przybiorą kształt zdania, emocjonalna erupcja nienawiści - formę polemiki. Gulianiego u nas nie ma, ale jest sąd, który w tym procesie pewnie pomoże, bo z prawnego punktu widzenia to przecież portal odpowiada za to, co jest umieszczone w treści portalu. Osoba, która jest autorem tekstów, też odpowiada, o ile można ustalić kim jest. To akurat stosunkowo łatwo zrobić. A więc: Burak, Gupek i Oszołom vs Dupek.pl? Ale jaja.
Mariusz Max Kolonko