POLSKI SYNDROM

Ameryka 1988 a.d. Krajem rządzi Bush. Dow*stoi na Dwóch Tysiącach z okładem. Mam przy sobie dwieście pożyczonych dolarów , chodzę po Manhattanie i pytam ludzi, gdzie tu jest Greenpoint.

Za mną został cały Polski Bigos. Radio i Telewizja. Koleżanki i Koledzy. Komuniści i Bezpartyjni. Kapitaliści i Wannabies*. Sklepy pełne ludzi błąkających się między półkami załadowanymi świeżą dostawą wina marki Egri Bekaver. Drażniła mnie Polska upierdliwość. Nie potrafiłem tego jeszcze nazwać. Definicje nie przybierały kształtu słów. Pojęcia miały efemeryczną
otoczkę mitu. A mimo to czułem, że żyję. Że życie jest przede mną. Tak było ze mną siedem lat wczesniej, kiedy niosłem kwiaty dziewczynie po raz ostatni. Była noc. I niebo pełne gwiazd. Byłem jak łódz urwana z cumujacej linki: ciągnęła mnie przestrzeń i nieznane, Made in USA.

Jest ciepły marzec, kiedy wędruję po Brooklynie. Choć nie wiem jeszcze tego, nie pasuję do krajobrazu. Moje polskie ubranka z przeceny w Domach Towarowych Centrum wyrożniają mnie od otoczenia. Popełniam błąd łudząc się,że Nowy York jest do ?zwiedzenia?, tak , jak do zwiedzenia jest Londyn czy Paryż. Tu chodzę kilometry po ulicach widząc tylko domy rożniące się od siebie jedynie kolorem sidingu, wsród okrzyków Hey get a car!Weź samochód!, które słyszę z przejeżdżających aut. Kiedy zatrzymuje mnie radiowóz, uczę się pierwszej amerykańskiej lekcji: Nowy York, jak i Amerykę się ?zjeżdza? nie:?schodzi.?

Następnego dnia leje jak z cebra. Dom ?wolnych? i ?odważnych? przypomina brazylijskie tropiki. Jestem mokry od stóp do głów, bo nie stać mnie na parasol. W Polsce zarabiałem 20 dolarów miesięcznie. Tu starcza to na dwadzieścia przejazdów metrem. Finansowa Przerzutka Socjalizmu miała jednak swoje zalety, kiedy stanąłem na drabinie za 6 dolarów na godzinę. Niestety, spózniałem się notorycznie. Wtedy szef zaszczepił mi zwyczaj, który potem sam praktykowałem w swojej firmie: nawet spóźnienie o dwie minuty eliminowało mnie z pracy na cały dzień. Rychło przestałem się spózniac. 10 godzin pracy od 8 do 6 wieczorem czyniło ze mnie bogatego w ówczesnej Polsce człowieka.

Ale ja nie chciałem być milionerem w Polsce. Chciałem być milionerem w Ameryce. Kiedy dostałem podwyżkę: 25 centów na godzinę więcej policzyłem, że musiałbym tak pracować 70 lat, żeby zarobić pierwszy milion. Następnego dnia namalowałem na ścianie: Kocham Susan i poszedłem do domu spać. Rok później miałem już swoją firmę i swoje reguły gry. Kiedy na początku lat 90. rejestrowałem jej nazwę: Media 2000, często zadawano mi pytanie dlaczego mam cyfrę 2000 w nazwie. Mówiłem, że to dlatego, iż w 2000 roku będę milionerem. Nie za lat 70 a za lat 10. Spełniłem swoje marzenie. Kiedy zimą 2000 roku obwieszony sztangami w moim małym apartamencie w Queensie przerzucałem na giełdzie cwierć miliona podpięty pod Wall Street procesorem Pentium numer 5 mówiłem sobie: Max jesteś w samym środku american dream.

Copyright 2006 - Media 2000 Communications - a Max Kolonko Company - All right reserved